Dziś host rodzinka poszła sobie do pracy. Zostałam więc sama a tu dzwonek do drzwi, przyszedł dostawca jedzenia. Przyniósł 18 siatek OSIEMNAŚCIE! Siatki były w trzech kolorach: czerwone: rzeczy do lodówki, zielone: do zamrażalki, fioletowe do szafek. No bez kitu.
I to mnie własnie zainspirowało w napisaniu kilku słów o jedzeniu. Rzeczy warte opisania:
Weetbix - standardowe śniadanie. Wygląda jak kawałek płyty OSB. Zalewasz mlekiem i staje się zjadliwe. Dodajesz miód i owoce i jest całkiem dobre.
Chipsy - jeśli anglicy piszą: o smaku soli, to mają namyśli:... słone!
Lama - Host-mum pyta mnie "Would you like to some Lam for diner". Jasne że jestem głodna, ale żeby od razu jeść Lamę? Lama okazała się zwykłym barankiem (lamb-jagnięcina) ale o tym dowiedziałam się dopiero po obiedzie.
Żelki - bo Anglia to taki żelkowy raj. Są tanie, a opakowania są duże, pełne dobrych rzeczy. Haribo, Jelly Belly, Frutella, i inne. Moje zęby są rozczarowane moim postępowaniem.
I najdziwniejsza przekąska świata: kawałek sera. Wygląda to jak parówka jedyneczka a jest po prostu podłużnym kawałkiem sera. Naprawdę ciężko to zmieścić w głowie.
Dziś rozłożyłam mapę i przewodniki, przeglądnęłam wszystkie strony o Anglii publikowane po polsku i zaplanowałam wycieczkę na piątek. Tak więc niedługo otrzymacie wiadomości o nowootwieranym Primarku z pierwszej ręki. może i coś o British Museum się Wam uda przeczytać.
Rada ode mnie:
If the dishwasher is broke, don't paint your nails.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz